Deszcz...
Gazeta Wyborcza Taty
Z gitarą za pan brat
I Zlot Fanów GRG w Bochni
Blues odwiedził Bochnię...
Koncert w deszczu...
Koncert z wywiadem
Listopad w Spiżu
Liverpool...
F3 w Alibi
Tygmont
Zwariowany Weekend -
     TFJ 2009

Zaszczytne Drugie Miejsce
Wielka Majówka Asi O.

Jeżeli nie wstydzicie się okazać prawdziwych uczuć i chcecie przelać je 'na papier' – tu możecie umieszczać swoje opowiadania i wiersze...
>> zobacz

Wychodząc na przeciw ogromnemu zapotrzebowaniu naszego społeczeństwa, na VIII Zjeździe KC FCLC, Komitet Centralny naszej Partii podjął uchwał o utworzeniu nowego działu – Recenzje płyt gitarowych... >> zobacz

Jeżeli gracie na jakimkolwiek instrumencie, śpiewacie, macie zespół lub w samotności piszecie piosenki – my to umieścimy na naszej stronie... >> zobacz

Zwariowany Weekend - TFJ 2009

Gdyby nie to, że mąż nagle nabrał ochoty na piwo, może przyszłabym wcześniej i znalazła jakieś siedzisko. Ale granie na stojąco też ma swoje plusy: widziałam całą scenę. A zresztą było sucho i mogłam w ostateczności usiąść sobie „na bruku” :).

Takiego ścisku wokół siebie dawno nie miałam! Na pewno wpływ na to miał zapowiedziany udział Steve’a Morse’a w GRG, ale pogoda też zrobiła swoje. W ogóle nie zanosiło się na deszcz.Jak zwykle na Thanks Jimi Festiwal przyjechało mnóstwo wirtuozów gitary, polskich i zagranicznych, a jeden świetniejszy od drugiego: między innymi Todd Wolfe z USA, Feedback Family ze Szwecji, Stan Skibby (bardzo chwalony przez Steve’a Morse’a), Wojciech Hoffmann z kapeli Turbo, Ryszard Sygitowicz, Sebastian Riedel, Marek Raduli... Przed rekordowymi zmaganiami usłyszeliśmy dużo dobrej muzyki. Niespodzianką był występ młodzieży- uczestników warsztatów prowadzonych przez naszego Wielkiego Organizatora- Leszka Cichońskiego.

Gitary elektryczne innych uczestników rekordu, jak zwykle niesubordynowanych, dołączały się przy każdej sposobności, niekoniecznie a propos. Aż musiano temperować tych niesfornych muzykantów- wyłączając im od czasu do czasu prąd :).

Skoro miał z nami zagrać gitarzysta Deep Purple, trzeba było się nauczyć „Smoke on the water”. Kto nie zdążył zajrzeć do Internetu, akordy opanował na miejscu. Leszek Cichoński nie tylko świetnie gra, ale też świetnie uczy. Dzięki niemu umiałam nareszcie zagrać „Thanks Jimi” (które niesamowicie działa mi na wyobraźnię) i „Voodoo child” (zaraz po zagraniu którego zapomniałam akordów- z nadmiaru wrażeń :) ).

Wrzenie doszło szczytu, kiedy pojawił się Steve Morse. Zrobiło się tak ciasno, że już nie byłam w stanie usiąść... Ciekawe, czy pan Morse mnie zauważył- stałam w pierwszym rzędzie. Chyba jednak nie, gitarzysta sprawiał wrażenie mocno oszołomionego tą masą gitar, głównie akustycznych. W zeszłym roku tłum na Rynku stanowili oprócz muzykantów liczni widzowie, w tym roku- chyba nie bardzo mieli się gdzie pomieścić. Jak okiem sięgnąć, wszędzie wyrastały gitary.

„Smoke”, grane na każdym koncercie Deep Purple, bardzo już mi się znudziło, ale teraz przekonałam się, że ten utwór niesamowicie wciąga, gdy go gram z takim tłumem ludzi. Andrzej Malcherek, który to śpiewał, też mnie zdopingował.

Nasz rekordowy kawałek, „Hey Joe”, zaśpiewał Stan Skibby. Słyszałam już wiele wykonań tego utworu, i uważam, że najlepiej śpiewają go czarnoskórzy wokaliści. ”Guinnessowy” numer wypadł niesamowicie. Specjalnie przysłuchiwałam się, kiedy grali sami „akustyczni”- i teraz już nikt mi nie wmówi, że im więcej gitar, tym gorsze wykonanie. Mówią to ci, którzy nigdy nas nie słyszeli. NIE BYŁO ŻADNEJ KAKOFONII!

Po głównym numerze imprezy czekało nas największe zaskoczenie roku. Konferansjer zapytał nas: jak myślimy, ile gitar wystąpiło? Odpowiedziałam, że trzy tysiące, inni spodziewali się tyle samo, góra czterech tysięcy... Toteż gdy padła liczba ponad 6000, wszyscy zaniemówili, łącznie z naszym Wielkim Organizatorem, a ja o mało nie przewróciłam się z wrażenia. O rany! Amerykanie leżą, pobici trzykrotnie!!! Takiego szoku nikt się nie spodziewał. Do dziś nie mogę ochłonąć- przecież to był także MÓJ rekord!

Po „Hey Joe” miałam dylemat: grać dalej z Leszkiem Cichońskim, czy łapać autografy? Zależało mi na podpisie Steve’a Morse’a na mojej gitarze, ale wybrałam to pierwsze. Rzadko mam okazję grać z jednym z najlepszych gitarzystów w Polsce, a co dopiero „Wild thing”, które bardzo lubię. Zagrałam więc jeszcze ten kawałek, a potem poszłam szukać męża. Odnaleźliśmy się szybko (o dziwo), ale Steve Morse zdążył uciec... Za to zdobyłam autograf Wojciecha Hoffmanna.

To nie był koniec atrakcji. Wieczorem na Polach Marsowych przed Deep Purple wystąpił Stan Skibby z zespołem Leszka Cichońskiego. I jakżeby inaczej! Nie wyobrażałam sobie nikogo innego. I znów mieliśmy z mężem problem: gdy pójdziemy na umówione spotkanie z Ianem Gillanem, dostępnym tylko w czasie występu przedgrupy, to stracimy kawałek tego koncertu. Ale nie było tak źle: na zapleczu wszystko doskonale słyszeliśmy. Nie muszę chyba mówić, że muzycy grali super. Sądząc z relacji Steve’a Morse’a, on też tak uważał. Tu małe sprostowanie: spotkanie z wokalistą Deep Purple wcale nie zajęło nam pół koncertu przedgrupy, jak pisałam na swojej stronie. Co najwyżej 15 minut. Niestety, ten występ zakończył się niemiłym zgrzytem: zapowiedziany już przez pana Cichońskiego „Hey Joe” nie został zagrany. A byłby to taki świetny akcent kończący pierwszą część wieczoru. To nie fair. Kto im to zrobił? Te kilka minut chyba nie zabrałoby czasu Deep Purple!

Koncert głównego zespołu też wypadł świetnie- Deep Purple nigdy nie schodzą poniżej swoich standardów. Ciekawy repertuar, wróciło do Polski „Sometimes I feel like screaming”, pojawiło się „Wring that neck”... Jedno „ale”: mogliby wreszcie zmienić bisy, przynajmniej jeden... Ale to drobiazg. Muzycy musieli być uszczęśliwieni: całe Pola Marsowe- olbrzymi stadion- były wypełnione po brzegi, i z tego co widziałam, publiczność świetnie się bawiła. My też. Kto chce poczytać więcej, może wejść tutaj. Wielkie dzięki, panowie! A szczególne podziękowania należą się Waszemu gitarzyście. Nie dość, że doskonale wypadł, to jeszcze znalazł wcześniej czas, aby zagrać z nami na Rynku. I tylu muzykantów tam przyciągnął!

To był dla mnie najpracowitszy i najbardziej zwariowany weekend od początku roku. Tym bardziej, że drugiego maja czekał nas następny koncert. Również obfitujący w niespodzianki, ale i tak najatrakcyjniejszy był ten pierwszy dzień. I tylko szkoda, że mąż nie zdążył nauczyć się grać na gitarze i musiał zostać „za płotem”... Razem byłoby raźniej :). Ciekawe, jak będzie w przyszłym roku?

Joanna Ostrowiecka [Warszawa, 22 maja 2009 r.]