Blues odwiedził Bochnię... 10 czerwca 2006 r. naszą Bochnię ponownie
odwiedził 'Blues'.
Miasto na ogół broni się przed 'Jego' wizytami. Obserwując
frekwencję na podobnych imprezach – choćby ubiegłorocznym koncercie Tadeusza Nalepy
– można dojść do wniosku, że bochnianie traktują rasowych gitarzystów jak natrętów
i nie bardzo chyba rozumieją po co to wszystko.
Mając na uwadze poprzednie
bocheńskie doświadczenia, jak również stan pogodowy [deszcz 'wisiał' w powietrzu],
szłam na miejski Rynek trochę z 'duszą na ramieniu'. Przeczuwałam, że gdy dotrę
na miejsce, ujrzę wielką scenę i garstkę ludzi pod nią – tak, jak to wyglądało
na koncercie 'Seven B.' w styczniu tego roku. Jednak rzeczywistość okazała się
inna, przynajmniej na początku.
Na placu zgromadziło się całkiem sporo ludzi,
w tym oczywiście liczna grupa osób w 'żółtych koszulkach liderów' – uczestników
GRG. A i amatorów gitar różnej maści nie brakło – stali pod sceną wypatrując wiernie
Mistrza Ceremonii.
Po paru minutach pojawił się sam Leszek Cichoński wraz
ze swoją grupą – 'Guitar Workshop'. Na 'pierwszy ogień' poszło rewelacyjne wykonanie
dwóch hendrixowych evergreenów – 'Hey Joe' i 'Wild Thing'. Mimo, że pomocników
praktycznie nie słyszałam ;-), to jednak poczułam dziwną energię płynącą z tego
grania. Podeszłam więc bliżej i... zostałam zahipnotyzowana.
Koncert na kilkanaście
gitar okazał się tylko uwerturą większego dzieła. W tym samym prawie momencie,
niebo zachmurzyło się nieco, co jednak miało swą dobrą stronę – pozwoliło działać
operatorom światła. Zaczęła się muzyczna uczta.
Nie potrafię określić, co
Panowie grali, jaki był ich repertuar. Wiem tylko, że trwałam wpatrzona w nich,
praktycznie się nie poruszając. Wyławiając jedynie motywy niezapomnianych: 'Foxy
Lady', 'Voodoo Chile' czy 'Little Wing'. To był trans, w dodatku zupełnie nieplanowany!
Przymknęłam oczy i od tej chwili nic już poza Muzyką nie istniało. Nieważni byli
ludzie wokół, nieważna aura... aż żal się było wybudzać z takiego stanu.
Cudne
były szczególnie łagodniejsze kompozycje – pełne przepięknych łkań gitary, żałości,
spokoju, zadumy – nie skłamię mówiąc, że kilka razy pojawił się na mym ramieniu
'ten dreszcz', świadczący o mocy wrażeń. Niesamowity ładunek emocjonalny i energetyczny.
Wspaniała wymiana solówek między Panem Leszkiem, a klawiszowcem – Robertem Jarmużkiem.
Naprawdę doskonały dobór utworów. Słowem – niezapomniany wieczór.
Cóż,
gdy wyszłam z tego pięknego stanu i rozglądnęłam się wokół, zobaczyłam marną garsteczkę
słuchaczy, opartych o [niepotrzebne, jak się okazało], bramki.
Dosłownie mnie
zatkało! Nie zauważyłam nawet, że tylu ludzi opuściło koncert w trakcie jego trwania.
Jednak Pan Cichoński uspokoił mnie nieco, mówiąc przed zapowiedzią swego ostatniego
kawałka: 'Świetnie gra się dla garstki, ale za to garstki – słuchającej'. Pięknie
powiedziane.
I chyba o to właśnie chodzi w Muzyce. Nie o popyt i podaż
tu chodzi, bo to reguły dobre dla ekonomii, ale o pewną wrażliwość, emocje i autentyczność.
A tych, tego wieczoru nie brakowało. I to było najpiękniejsze.
Dyczkosia
[Bochnia, czerwiec 2006 r.]