Deszcz...
Gazeta Wyborcza Taty
Z gitarą za pan brat
I Zlot Fanów GRG w Bochni
Blues odwiedził Bochnię...
Koncert w deszczu...
Koncert z wywiadem
Listopad w Spiżu
Liverpool...
F3 w Alibi
Tygmont
Zwariowany Weekend -
     TFJ 2009

Zaszczytne Drugie Miejsce
Wielka Majówka Asi O.

Jeżeli nie wstydzicie się okazać prawdziwych uczuć i chcecie przelać je 'na papier' – tu możecie umieszczać swoje opowiadania i wiersze...
>> zobacz

Wychodząc na przeciw ogromnemu zapotrzebowaniu naszego społeczeństwa, na VIII Zjeździe KC FCLC, Komitet Centralny naszej Partii podjął uchwał o utworzeniu nowego działu – Recenzje płyt gitarowych... >> zobacz

Jeżeli gracie na jakimkolwiek instrumencie, śpiewacie, macie zespół lub w samotności piszecie piosenki – my to umieścimy na naszej stronie... >> zobacz

Blues odwiedził Bochnię...

10 czerwca 2006 r. naszą Bochnię ponownie odwiedził 'Blues'.
Miasto na ogół broni się przed 'Jego' wizytami. Obserwując frekwencję na podobnych imprezach – choćby ubiegłorocznym koncercie Tadeusza Nalepy – można dojść do wniosku, że bochnianie traktują rasowych gitarzystów jak natrętów i nie bardzo chyba rozumieją po co to wszystko.

Mając na uwadze poprzednie bocheńskie doświadczenia, jak również stan pogodowy [deszcz 'wisiał' w powietrzu], szłam na miejski Rynek trochę z 'duszą na ramieniu'. Przeczuwałam, że gdy dotrę na miejsce, ujrzę wielką scenę i garstkę ludzi pod nią – tak, jak to wyglądało na koncercie 'Seven B.' w styczniu tego roku. Jednak rzeczywistość okazała się inna, przynajmniej na początku.
Na placu zgromadziło się całkiem sporo ludzi, w tym oczywiście liczna grupa osób w 'żółtych koszulkach liderów' – uczestników GRG. A i amatorów gitar różnej maści nie brakło – stali pod sceną wypatrując wiernie Mistrza Ceremonii.
Po paru minutach pojawił się sam Leszek Cichoński wraz ze swoją grupą – 'Guitar Workshop'. Na 'pierwszy ogień' poszło rewelacyjne wykonanie dwóch hendrixowych evergreenów – 'Hey Joe' i 'Wild Thing'. Mimo, że pomocników praktycznie nie słyszałam ;-), to jednak poczułam dziwną energię płynącą z tego grania. Podeszłam więc bliżej i... zostałam zahipnotyzowana.
Koncert na kilkanaście gitar okazał się tylko uwerturą większego dzieła. W tym samym prawie momencie, niebo zachmurzyło się nieco, co jednak miało swą dobrą stronę – pozwoliło działać operatorom światła. Zaczęła się muzyczna uczta.

Nie potrafię określić, co Panowie grali, jaki był ich repertuar. Wiem tylko, że trwałam wpatrzona w nich, praktycznie się nie poruszając. Wyławiając jedynie motywy niezapomnianych: 'Foxy Lady', 'Voodoo Chile' czy 'Little Wing'. To był trans, w dodatku zupełnie nieplanowany! Przymknęłam oczy i od tej chwili nic już poza Muzyką nie istniało. Nieważni byli ludzie wokół, nieważna aura... aż żal się było wybudzać z takiego stanu.

Cudne były szczególnie łagodniejsze kompozycje – pełne przepięknych łkań gitary, żałości, spokoju, zadumy – nie skłamię mówiąc, że kilka razy pojawił się na mym ramieniu 'ten dreszcz', świadczący o mocy wrażeń. Niesamowity ładunek emocjonalny i energetyczny. Wspaniała wymiana solówek między Panem Leszkiem, a klawiszowcem – Robertem Jarmużkiem. Naprawdę doskonały dobór utworów. Słowem – niezapomniany wieczór.

Cóż, gdy wyszłam z tego pięknego stanu i rozglądnęłam się wokół, zobaczyłam marną garsteczkę słuchaczy, opartych o [niepotrzebne, jak się okazało], bramki.
Dosłownie mnie zatkało! Nie zauważyłam nawet, że tylu ludzi opuściło koncert w trakcie jego trwania. Jednak Pan Cichoński uspokoił mnie nieco, mówiąc przed zapowiedzią swego ostatniego kawałka: 'Świetnie gra się dla garstki, ale za to garstki – słuchającej'. Pięknie powiedziane.

I chyba o to właśnie chodzi w Muzyce. Nie o popyt i podaż tu chodzi, bo to reguły dobre dla ekonomii, ale o pewną wrażliwość, emocje i autentyczność. A tych, tego wieczoru nie brakowało. I to było najpiękniejsze.

Dyczkosia [Bochnia, czerwiec 2006 r.]