Koncert
z poranną kawą W sobotę, w skrzynce na listy znajduję płytę DVD od miłego
człowieka. Jest to od kilku dni wyczekiwana przeze mnie płytka. Nagrany w 1994
roku, w Londynie koncert zespołu Pink Floyd - Pulse. Jeden z wielu zespołów, który
darzę dużą sympatią.
Jest to koncert, który na pewno powinno obejrzeć się
w porze jak zwykle przeze mnie preferowanej, tzn. późny wieczór lub najlepiej
'głucha' noc. Odbiór wówczas takiego widowiska jest na pewno mocniejszy. Można
całkowicie 'stopić' się z ekranem.
Późny wieczór.
Nastawiam budzik na
4 rano. Godzina, która w mojej sytuacji jest wygodną porą na obejrzenie tego wielkiego
muzycznego przedstawienia.
Niedzielny poranek.
Nastawione w telefonie
budzenie próbuje 'wtargnąć' w mój sen... Ja mimo muzycznych myśli, nie potrafię
zmusić siebie, aby otworzyć oko, a co dopiero mówić o wynurzeniu się na zewnątrz.
Na razie nic nie jest w stanie wyciągnąć mnie z miękkiej, ciepłej pościeli. Poddaję
się dopiero o 5.30. Wystawiam kawałek ciepłej stopy, dotykam podłogi, a za nią
cała reszta ciała posłusznie, ale bardzo powoli staje w pionie. Robię poranną
kawę. Włączam sprzęt, twarde krzesło zastępuję miękkim fotelem. Tak przygotowana,
ale jeszcze nie przebudzona 'odpalam czarodziejski krążek'.
Już początek
nagrania sugeruje widzowi, że czas spędzony przed ekranem nie będzie czasem straconym.
Magia światła, która pojawia się z pierwszymi dźwiękami sugeruje, że weźmiemy
udział w niezwykłym muzycznym widowisku. Ogromna scena, otoczona strumieniami
świateł, laserami. W tle na samym środku – ekran w kształcie kuli, lub bardziej
wielkiego oka, które pełni rolę 'odbicia' naszej wyobraźni w połączeniu z muzyką.
Przy każdym utworze pojawia się obraz, który jest dopełnieniem tego, co słyszymy.
Cudowna harmonia dźwięku z otoczeniem. Dopracowany każdy szczegół. To wszystko
zgrane ze światłami oraz pulsującymi laserami, tworzy magię. 22 utwory zagrane
z wielką precyzją.
Muzycy na scenie.
David Gilmour – oczywiście najważniejsza
i najwyrazistsza postać – vocals & guitars [głównie Fenderek], gitara akustyczna
oraz steel guitar, przy której chwilami zasiada. Jednym słowem instrumentalna
różnorodność. 145 minut ciężkiej pracy palcami.
Duy Pratt [bass & vocals]
– młoda 'dusza' w zespole, energetyzująco 'zaczepia' basowe struny.
Dick Parry
[saxophonas] – instrument, który jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, piękna melodyjność.
Jon Carin [keyboardss & vokals].
W tle damski chórek. Trzy dziewczyny
ubrane w zwiewne stroje, falują do dźwięków gitary dodając tym samym uroku temu,
co słyszymy ze sceny.
Każdy utwór na tej płycie, to tajemnica. Słuchacz,
a zarazem widz nie wie, czym zostanie zaskoczony. Dobrym tego przykładem niech
będzie pojawiająca się nagle nad widownią, konstrukcja Szybowca. Przelatuje wysoko
nad głowami, aby w pewnym momencie eksplodować, tworząc tym samym widowiskowy
obraz. Uwierzcie, to 145 minut niezapomnianych wrażeń nie tylko dla ucha, ale
przede wszystkim dla oka. Pierwszy raz nie byłam w stanie słuchać muzyki z zamkniętymi
oczami tak, jak lubię. Ten obraz został wyreżyserowany z wielką precyzją z dopieszczeniem
każdego najmniejszego szczegółu.
Po krótkim czasie smak porannej kawy przestaje
być ważny. Kilka chwil obejrzanego koncertu wystarczył mi, aby całkowicie się
obudzić.
Niedługo David Gilmour ma przyjechać do Polski z ostatnim swoim
projektem 'On An Island'. Aż boję się pomyśleć, co tym razem będzie się działo
na scenie. Słuchając tej płyty, muzyka z naszą wyobraźnią potrafi zrobić rzeczy
niepojęte. Ja mam tylko cichą nadzieję, że moje marzenie się spełni i będę mogła
w sierpniu dotrzeć do Gdańska na koncert D. Gilmoura.
Beata
[Legnica, czerwiec 2006 r.]