Lutowy wieczór 2005 roku...
Magdalenka...
Koncert z poranną kawą
List do brata
Ze wspomnień Buskera

Na tych stronach możecie umieszczać swoje reportaże z koncertów, dzielić się spostrzeżeniami i emocjami jakie towarzyszyły Wam w trakcie muzycznych spotkań z Leszkiem... >> zobacz

Wychodząc na przeciw ogromnemu zapotrzebowaniu naszego społeczeństwa, na VIII Zjeździe KC FCLC, Komitet Centralny naszej Partii podjął uchwał o utworzeniu nowego działu – Recenzje płyt gitarowych... >> zobacz

Jeżeli gracie na jakimkolwiek instrumencie, śpiewacie, macie zespół lub w samotności piszecie piosenki – my to umieścimy na naszej stronie... >> zobacz

Koncert z poranną kawą

W sobotę, w skrzynce na listy znajduję płytę DVD od miłego człowieka. Jest to od kilku dni wyczekiwana przeze mnie płytka. Nagrany w 1994 roku, w Londynie koncert zespołu Pink Floyd - Pulse. Jeden z wielu zespołów, który darzę dużą sympatią.
Jest to koncert, który na pewno powinno obejrzeć się w porze jak zwykle przeze mnie preferowanej, tzn. późny wieczór lub najlepiej 'głucha' noc. Odbiór wówczas takiego widowiska jest na pewno mocniejszy. Można całkowicie 'stopić' się z ekranem.

Późny wieczór.
Nastawiam budzik na 4 rano. Godzina, która w mojej sytuacji jest wygodną porą na obejrzenie tego wielkiego muzycznego przedstawienia.

Niedzielny poranek.
Nastawione w telefonie budzenie próbuje 'wtargnąć' w mój sen... Ja mimo muzycznych myśli, nie potrafię zmusić siebie, aby otworzyć oko, a co dopiero mówić o wynurzeniu się na zewnątrz. Na razie nic nie jest w stanie wyciągnąć mnie z miękkiej, ciepłej pościeli. Poddaję się dopiero o 5.30. Wystawiam kawałek ciepłej stopy, dotykam podłogi, a za nią cała reszta ciała posłusznie, ale bardzo powoli staje w pionie. Robię poranną kawę. Włączam sprzęt, twarde krzesło zastępuję miękkim fotelem. Tak przygotowana, ale jeszcze nie przebudzona 'odpalam czarodziejski krążek'.

Już początek nagrania sugeruje widzowi, że czas spędzony przed ekranem nie będzie czasem straconym. Magia światła, która pojawia się z pierwszymi dźwiękami sugeruje, że weźmiemy udział w niezwykłym muzycznym widowisku. Ogromna scena, otoczona strumieniami świateł, laserami. W tle na samym środku – ekran w kształcie kuli, lub bardziej wielkiego oka, które pełni rolę 'odbicia' naszej wyobraźni w połączeniu z muzyką. Przy każdym utworze pojawia się obraz, który jest dopełnieniem tego, co słyszymy. Cudowna harmonia dźwięku z otoczeniem. Dopracowany każdy szczegół. To wszystko zgrane ze światłami oraz pulsującymi laserami, tworzy magię. 22 utwory zagrane z wielką precyzją.

Muzycy na scenie.
David Gilmour – oczywiście najważniejsza i najwyrazistsza postać – vocals & guitars [głównie Fenderek], gitara akustyczna oraz steel guitar, przy której chwilami zasiada. Jednym słowem instrumentalna różnorodność. 145 minut ciężkiej pracy palcami.
Duy Pratt [bass & vocals] – młoda 'dusza' w zespole, energetyzująco 'zaczepia' basowe struny.
Dick Parry [saxophonas] – instrument, który jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, piękna melodyjność.
Jon Carin [keyboardss & vokals].
W tle damski chórek. Trzy dziewczyny ubrane w zwiewne stroje, falują do dźwięków gitary dodając tym samym uroku temu, co słyszymy ze sceny.

Każdy utwór na tej płycie, to tajemnica. Słuchacz, a zarazem widz nie wie, czym zostanie zaskoczony. Dobrym tego przykładem niech będzie pojawiająca się nagle nad widownią, konstrukcja Szybowca. Przelatuje wysoko nad głowami, aby w pewnym momencie eksplodować, tworząc tym samym widowiskowy obraz. Uwierzcie, to 145 minut niezapomnianych wrażeń nie tylko dla ucha, ale przede wszystkim dla oka. Pierwszy raz nie byłam w stanie słuchać muzyki z zamkniętymi oczami tak, jak lubię. Ten obraz został wyreżyserowany z wielką precyzją z dopieszczeniem każdego najmniejszego szczegółu.

Po krótkim czasie smak porannej kawy przestaje być ważny. Kilka chwil obejrzanego koncertu wystarczył mi, aby całkowicie się obudzić.

Niedługo David Gilmour ma przyjechać do Polski z ostatnim swoim projektem 'On An Island'. Aż boję się pomyśleć, co tym razem będzie się działo na scenie. Słuchając tej płyty, muzyka z naszą wyobraźnią potrafi zrobić rzeczy niepojęte. Ja mam tylko cichą nadzieję, że moje marzenie się spełni i będę mogła w sierpniu dotrzeć do Gdańska na koncert D. Gilmoura.

Beata [Legnica, czerwiec 2006 r.]