Magdalenka...
Leszek Cichoński – nazywany przeze mnie i moich przyjaciół 'Cichoniem' albo
po prostu Leszkiem. Może dinozaur ...ale jaki gitarzysta ;). Jestem gitarzystką
klasyczną tak więc nie 'siedzę' zbyt mocno w bluesie czy jazzie (chociaż, jak
się okazało, lubię słuchać ;). Kiedy w zeszłe lato jechałam na warsztaty gitarowe
do Krzyżowej, widząc w folderze nazwisko Leszka, wpadłam tylko na chwilkę na jego
stronke. Zobaczyłam, że grał z paroma wielkimi ludźmi i tyle. Pomyślałam sobie
– to nie moje klimaty. Jak bardzo się wtedy myliłam...
Na warsztatach Cichonia
poznałam ...po prostu. Prowadziłam tam malutkie stoisko i sprzedawałam płyty wszystkich
'sław' – tak więc pewnego razu, kiedy Leszek skończył zajęcia podeszłam, przedstawiłam
się i zapytałam czy nie chciałby dorzucić czegoś na mój kramik. To też były przeżycia...
Jedna płyta w potłuczonym pudełku, inne pudełko bez płyty. Ile się (w tych sprawach)
za nim nachodziłam. ...Ale za to było więcej okazji, by z nim chwilkę porozmawiać.
Zaczęłam nawet chodzić na zajęcia elektrycznych! Oczywiście tylko jako słuchacz
;). To, jak prowadził zajęcia, wiedza którą miał i chciał przekazać innym ...to
było naprawdę interesujące. Nawet mnie się tego przyjemnie słuchało. Zaimponował
mi jako muzyk, zaimponował też jako człowiek. Pewnego razu, w trakcie jednej z
rozmów, tak ni z tego ni z owego powiedział do mnie – 'Magda, Ciebie to chyba
wszyscy muszą lubić. Jesteś taką maskotką tego kursu :)'. Zamurowało mnie... Rumieńce
na twarzy – a to nie zdarza mi się już zbyt często. Innym razem siedząc w oknie
z koleżanką 'elektryczną' wymieniłyśmy się gitarami. Ja, wtedy 'pankówa', spodnie
z klamrami, fryzura 'jeż' i do tego... gitara elektryczna. A pod oknem idzie Cichoń
i z wielkim uśmiechem na twarzy mówi do mnie, że powinnam się przerzucić na elektryka,
a on osobiście udzieli mi kilku lekcji – bo z moim temperamentem i wyglądem daleko
bym zaszła. W ostatni dzień pobytu Leszka na warsztatach, kiedy wszyscy którzy
chodzili do niego na zajęcia robili sobie wspólną fotę, on nie pozwolił mi zrobić
zdjęcia ponieważ ja też miałam być na tym zdjęciu bo beze mnie – 'maskotki kursu'
to nie byłoby prawdziwe zdjęcie... Ktoś taki jak on mnie zauważył, docenił – to
było takie przyjemne :).
Niestety wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć.
Cichoń musiał wracać do Wrocławia gdyż za pare dni miał grać koncert na Wyspie.
Aż mi się łezka w oku zakręciła kiedy się żegnaliśmy... Tego samego wieczoru kiedy
poszłam jeszcze odwiedzić kumpla przed snem, zobaczyłam go siedzącego w łóżku,
przy nocnej lampce, ze słuchawkami w uszach – słuchał 'szkoły gry' Leszka. 'Ledwo
Lesiu wyjechał, a Ty co – już tęsknisz? ;)'. 'A żebyś wiedziała' – odpowiedział.
Kazałam mu się przesunąć i 'podzielić' się jedną słuchawką. Przez godzinę słuchaliśmy
'Leszka' z kasety. Rano zaświtał mi w głowie pomysł – musimy się jakoś dostać
na ten koncert na Wyspie !! Pytaliśmy, szukaliśmy – czy ktoś nie chciałaby pojechać
(i nas 'przy okazji' zabrać ze sobą) na koncert Cichonia we Wrocławiu. Nikt nie
był chętny... Aż tu nagle – wieczór przed koncertem – znalazł się ochotnik :)!
Pełni radości nie mogliśmy się już doczekać godziny wyjazdu. Pomimo, iż następnego
dnia działy się jeszcze różne dziwne rzeczy związane z naszym wyjazdem, które
próbowały w nas „stłumić” adrenalinę, udało się nam wyruszyć na koncert. Kiedy
dotarliśmy na miejsce grupa Leszka właśnie się rozgrywała. Cali szczęśliwi daliśmy
wyraźnie (głównie ja) znać że też tu jesteśmy. Nie patrząc na nic i na nikogo
podeszłam do barierki by przywitać się z Cichoniem. A on podszedł i mnie wyściskał
mówiąc, że czuł, że dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych kiedy powiedziałam mu
na do widzenia, że nie wiem jak to zrobię, ale niedługo się zobaczymy :). Pamiętał...
Grał rewelacyjnie. Ani przez chwilkę nie żałowałam że tyle nerwów kosztował nas
ten wyjazd. Muzyka Leszka wszystko nam wynagrodziła. A ile było ubawu przy „Leszkowym
śpiewaniu” i kiedy wyszedł na trawę do publiczności ;).
Jednak tamtego
wieczora Leszek dał mi też coś innego. Coś o czym nie wie, ale jeśli przeczyta
ten tekst to może się dowie ;). Tamtej wyjątkowo zimnej, sierpniowej nocy kiedy
razem z dwójką moich tak na prawdę niedawno poznanych kolegów, zbliżyliśmy się
do siebie (nawet dosłownie – dzięki temu że byliśmy do siebie przytuleni we trójkę,
było nam cieplej ;). Z jednym z nich uświadomiliśmy sobie nawet że łączy nas coś
głębszego, wyjątkowego. I pomimo, że dzielą nas odległe równoleżniki (ja w Katowicach,
on w Koszalinie) to próbujemy być razem. Cichoń niewątpliwie się do tego przyczynił.
'Leszkowa muzyka' dała mi przyjaźń, a może i miłość.
Ot i moja historia.
Może banalna, a może i nie (w końcu niecodziennie tyle potrafi się wydarzyć ;).
Dla mnie to jedno z ważniejszych wydarzeń minionego lata. Lato 2005 to głównie
wspomnienie Leszka i jego muzyki. Dziś mam płytę z dedykacją dzięki której łatwiej
jest mi czasem przezwyciężyć trudne chwile.
Dziękuje za to :).
Magdalenka
:) [maj 2006 r.]
P.S. Jeśli kiedyś zdarzy się Panu – Panie Leszku, przeczytać
te moje wypociny to tymi właśnie słowami chciałabym Panu podziękować
za to co Pan robi i za to że Pan jest. Ktoś postawił Pana na
mojej drodze nie bez przyczyny, spotkanie to bardzo wiele mi
dało. Jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI!