Hey
Bro Macanudo!
Zawsze miałam słabość do portów, latarni morskich, przystani…
Może chodzi o to, że całe moje życie to jakiś do końca nieuświadomiony
rejs do jakiejś przystani, której nie potrafię sprecyzować...
choć mocno przeczuwam.
To był 29 lipiec, chłodna, wilgotna, zachmurzona sobota, którą,
gdyby nie występ Leszka, spędziłabym jak inni szczecinianie
wyłącznie w oczekiwaniu na zapowiedzianą i wiszącą w powietrzu
burzę. Nie wiedziałam jeszcze, że jadę na Trzebieskie Neptunalia
2006. Wiedziałam tylko, zresztą z maila od samego Leszka, że
w parku koło przystani jachtowej będzie grał ze swoją bandą
'Guitar Workshop'.
Klasyczny umysł blondynki nakazał mi około 10 wysłać do niego
lekko spanikowany mail w stylu 'Huston mamy problem..., czy
przypadkiem nie odwołaliście koncertu z powodu złej pogody...'.
Lecz, zgodnie z odwiecznym prawem Murphy’ego, jakie pytanie
taka odpowiedź, czyli... nastała cisza w eterze.
No więc wyruszyłam w trasę… po autograf od Leszka, który miał
mi złożyć na niedawno zakupionym tomiku poezji Leśmiana. Tak
jak to sobie obiecałam. I to po raz pierwszy w życiu. Nigdy
przedtem nie kręciło mnie zabieganie o autografy, zbiorowe zdjęcia
z gwiazdami i tym podobne manewry, choć, jak sam wiesz, okazji
nie zabrakło w tym temacie na przestrzeni naszego muzycznie
dość urozmaiconego życia. Tak więc, był to 'MÓJ PIERWSZY RAZ'
i pomyślałam, że dlatego właśnie musi być pięknie i przede wszystkim
romantycznie… Dlaczego wplotłam w to poezję? Może dlatego, że
ujął mnie swoim wejściem na moją stronę internetową i ciepłymi
słowami pod adresem mojej twórczości. Cały Leszek... wspierający
i pozytywny.
Trzebież przywitała mnie i moją familię przejaśniającą się
pogodą. Nie mogło zresztą być inaczej. Fani przerabiali już
podobne rozterki podczas akcji 'Gitarowego Rekordu Guiness’a'
i oczywiście wszystko dobrze się skończyło. Lecz, w odróżnieniu
od rokującej pogody [dżezującej czasami też], publika wydała
mi się marna... przerzedzona i drętwa. Jednak do występu Leszka
ze swoim 'Guitar Workshop' brać zdążyła się nieco rozkręcić,
szczególnie za sprawą niektórych – technicznie ujmując – ewidentnie
nawalonych tubylców.
Leszek to słońce na scenie. Bardzo naturalny i pogodny. Po
prostu swój chłop, można by rzec, gdyby nie to, że jeszcze przecież
nie poznaliśmy się osobiście, a ja wciąż byłam spięta czekającą
mnie akcją z autografem. Uprzedzałeś mnie Bro, że Leszek ostatnio
lubi zaśpiewać osobiście parę kawałków, więc nie zdziwisz się,
że vocal w całości był jego. A jakże. Łącznie z moim ulubionym
'Oni zaraz będą tu', którym uwieńczył swój występ. Po drodze
jednak zdradził nam swoją głęboko skrywaną tajemnicę :), że
tak naprawdę kręci go funky blues, i... poczęstował nas takim
właśnie kawałkiem, śpiewanym w ojczystym języku. O mamo! Zrobiło
się tak gorąco, że w pewnym momencie trudno było rozpoznać...
jak to szło? ...'mój funky blues', czy 'mojej fanki biust',
co pomijając ewentualny wulgaryzm, dodało nam jeszcze trochę
więcej czadu. Mówię 'ewentualny', gdyż Leszek, oprócz rzetelności,
ma klasę i o niskie loty raczej trudno. Nie zapominaj jednak,
że opary z płuc okolicznych fanów zrobiły swoje :).
Co jeszcze 'leszkowego' dało się wyłapać miedzy nutami podczas
tego występu? A to, np..., że zadedykował – 'Tak daleko, a tak
blisko' pamięci naszego zmarłego papieża. Odebrałam to jako
hołd jaki składa jeden wojownik... o pozytywne wibracje …drugiemu
wojownikowi. Pięknie. Dla mnie osobiście jeszcze piękniej, od
kiedy czytam poezję Karola Wojtyły. No i jeszcze ten niezapomniany
moment, kiedy to latarnia morska wyruszyła z portu na spotkanie
zdezorientowanym żeglarzom, czyli Leszek z gitarą w ręku zszedł
ze sceny i z rozbrajającym uśmiechem przeszedł się przed publicznością.
Co w niczym nie zmąciło jego grania, a jakże :).
Koncert trwał około godziny. Nie powiem Ci dokładniej, gdyż
zaaferowana byłam pląsaniem i pstrykaniem zdjęć nowo nabytą
komórką 'makgajwera' – szczególnie kiedy zoczył mnie Andrzej
Malcherek z rodzimego 'Free Blues’a', który przyjechał do Trzebieży,
by zagrać z Leszkiem gościnnie jeden czy dwa kawałki. Wiesz,
kiedy cel jest słuszny, los sprzyja zsyłając nam np. dobrego
ziomka, a w tym konkretnym przypadku to był ewidentny łut szczęścia...
Bo oto spotkanie z Leszkiem w kwestii autografu przy udziale
Andrzeja przebiegło lekko i na wielkim luzie. Napisał mi – Kamili
'Dbaj o miłość'‘ i złożył swój charakterystyczny gitarowy podpis.
Dbając więc o miłość, kończę mówiąc, że kocham Cię braciszku…i
do następnych…
Kamila
Deba [Szczecin, lipiec
2006 r.]
aka sis kajka